FANDOM


Dane z książek Sapkowskiego Edytuj

– (...) stanęłam wtedy na Wzgórzu, obok Vilgefortza, obok Artauda Terranovy, obok Fercarta, obok Enid Findabair i Filippy Eilhart, obok twojej Yennefer.

Krew elfów

– No! Vilgefortz – odezwał się wreszcie Terranova, grzebiąc widelcem w półmisku w poszukiwaniu odpowiednio tłustego kawałka dziczyzny. – Jakie jest twoje stanowisko względem poczynań naszych monarchów? Hen Gedymdeith i Francesca przysłali nas tu, bo chcą poznać twoje zdanie. Mnie i Tissaię też ono ciekawi. Kapituła chce w tej sprawie zająć zgodne stanowisko. A jeśli przyjdzie do działania, działać też chcemy zgodnie.

Krew elfów

– Popieram ten projekt – powiedział Terranova. – Zwołajmy zjazd, przypomnijmy im, komu w pierwszym rzędzie winni są lojalność. (...)

Krew elfów

Wieczerzali w milczeniu. Artaud Terranova nie żałował sobie, bez skrępowania sięgał do półmisków i chyba nieco zbyt często i bez zachęty ze strony gospodarza szczękał srebrną przykryweczką karafy z czerwonym winem.

Krew elfów

Ten niski mężczyzna, który idzie obok Vilgefortza, to Artaud Terranova – wyjaśniła Triss Merigold. (...)

Czas pogardy

Gdy Yennefer przedstawiała go Kapitule, obserwował bacznie elitę czarodziejów. (...) Artaud Terranova ukłonił
się z dwuznacznym grymasem, biegając oczami od niego do Yennefer, ale spoważniał natychmiast pod spojrzeniami innych.

Czas pogardy

– To się nazywa „wpaść w gówno" – wyjaśnił cicho Dijkstra, zbliżywszy się. – A ty, wiedźminie, masz chyba wrodzony talent do takiego wpadania. Stój spokojnie i staraj się nie zwrócić niczyjej uwagi.

Redańczycy obezwładnili wreszcie niewysokiego czarodzieja i podnieśli go, trzymając za ręce. Był to Artaud Terranova, członek Kapituły.

Światło, które pozwalało widzieć szczegóły, biło z kuli wiszącej nad głową Keiry Metz, czarodziejki, z którą Geralt wieczorem gawędził na bankiecie. Ledwie ją poznał – zmieniła zwiewne tiule na surowy męski ubiór, a u boku miała sztylet.

– Zakujcie go – zakomenderowała krótko. W jej dłoni zadzwoniły kajdanki wykonane z niebieskawego metalu.

– Nie waż się zakładać mi tego! – wrzasnął Terranova. – Nie waż się, Metz! Jestem członkiem Kapituły!

– Byłeś. Teraz jesteś zwykłym zdrajcą. I będziesz potraktowany jak zdrajca.

– A ty jesteś parszywą dziwką, którą...

Keira cofnęła się o krok, lekko zakołysała w biodrach i z całej siły trzasnęła go pięścią w twarz. Głowa czarodzieja odskoczyła do tyłu tak, że przez moment Geralt miał wrażenie, że oderwie się od tułowia. Terranova obwisł w rękach trzymających go ludzi, spływając krwią z nosa i warg. Czarodziejka nie zadała drugiego ciosu, choć rękę miała uniesioną.

Wiedźmin dostrzegł mosiężny błysk kastetu na jej palcach. Nie zdziwił się. Keira była mikrej postury, takie uderzenie nie mogło być zadane gołą pięścią.

Nie poruszył się. Zbiry trzymały go mocno, a kolec korseki kłuł w pierś. Geralt nie był pewien, czy poruszyłby się, gdyby był wolny. Czy wiedziałby, co zrobić.

Redańczycy zatrzasnęli okowy na wykręconych do tyłu rękach czarodzieja. Terranova zakrzyczał, zatargał się, zgiął, zacharczał w wymiotnym odruchu. Geralt wiedział już, z czego zrobiono kajdany. Był to stop żelaza i dwimerytu, rzadkiego minerału, którego właściwości polegały na dławieniu zdolności magicznych. Dławieniu takiemu towarzyszyły dość przykre dla magików skutki uboczne. (...) [Keira] odeszła szybko, za nią poszli Redańczycy, wlokąc Terranovę.

Czas pogardy

– To sprawka Tissai. (...) Zdjęła blokadę, zlikwidowała aurę i zneutralizowała dwimeryt. Wtedy wszyscy skoczyli sobie do gardeł! Vilgefortz i Terranova z jednej, Filippa i Sabrina z drugiej strony...

Czas pogardy

Gdy szukał wejścia, spadła na niego Keira, obydwoje zwalili się w krzaki tarniny.

– Wybiłam sobie ząb – stwierdziła ponuro czarodziejka, sepleniąc lekko. Była rozczochrana, brudna, pokryta tynkiem i sadzą, na policzku miała wielki krwiak.

– I chyba złamałam nogę – dodała, plując krwią. – To ty, wiedźminie? Spadłam na ciebie? Jakim cudem?

– Też się zastanawiam.

– Terranova wyrzucił mnie oknem.
(...)

– Weź mnie na ręce, mówię! Wskażę ci drogę do Garstangu. Muszę dostać tego skurwysyna Terranovę.

Czas pogardy

– Gdy Tissaia zobaczyła trupy, zrozumiała swój błąd, próbowała nas chronić, próbowała mitygować Vilgefortza i Terranovę...
(...)

– Terranova najpierw mnie skopał, a potem wyrzucił oknem.

Czas pogardy

Szczęście, jak to zwykle bywa, nie dopisało, nie towarzyszyło jej długo. Gdy zbiegła z krużganka i wymknęła się za mur, w krzaki tarniny, schwytano ją. Schwytał ją i unieruchomił w niesamowicie silnym uścisku niski, lekko otyły mężczyzna z opuchniętym nosem i rozciętą wargą.

– Tuś mi – zasyczał. – Tuś mi, laleczko!

Ciri szarpnęła się i zawyła, bo zaciśnięte na jej ramionach dłonie poraziły ją nagle paroksyzmem obezwładniającego bólu. Mężczyzna zarechotał.

– Nie trzepocz, szary ptaszku, bo przypalę ci piórka. Pozwól, niech ci się przyjrzę. Niech no popatrzę na pisklątko, które aż tyle warte jest dla Emhyra var Emreisa, imperatora Nilfgaardu. I dla Vilgefortza.

Ciri przestała się wyrywać. Niski mężczyzna oblizał pokaleczoną wargę.

– Ciekawe – zasyczał znowu, pochylając się ku niej. – Takaś niby cenna, a ja, uważasz, nie dałbym za ciebie nawet złamanego szeląga. Jak też te pozory mylą. Ha! Skarbie mój! A gdyby Emhyrowi dał cię w prezencie nie Vilgefortz, nie Rience, nie ten galant w pierzastym hełmie, ale stary Terranova? Czy Emhyr byłby łaskaw dla starego Terranovy? Co na to powiesz, wieszczko? Wszakże umiesz wieszczyć!

Jego oddech śmierdział nie do wytrzymania. Ciri odwróciła głowę, krzywiąc się. Źle zrozumiał.

– Nie kłap na mnie dziobkiem, ptaszku! Ja nie lękam się ptaszków. A może powinienem? Co, fałszywa wróżbitko? Podstawiona wyrocznio? Czy powinienem lękać się ptaszków?

– Powinieneś – szepnęła Ciri, czując zawrót głowy i ogarniające ją nagle zimno.

Terranova zaśmiał się, odrzucając głowę do tyłu. Śmiech zmienił się w ryk bólu. Wielka szara sowa bezszelestnie sfrunęła z góry i wpiła mu się szponami w oczy. Czarodziej puścił Ciri, gwałtownym ruchem strącił z siebie sowę, a zaraz po tym runął na kolana i chwycił się za twarz. Spomiędzy palców zatętniła krew. Ciri wrzasnęła, cofnęła się. Terranova odjął od twarzy zakrwawione i pokryte śluzem ręce, dzikim, rwącym się głosem zaczął skandować zaklęcie. Nie zdążył. Za jego plecami pojawił się niewyraźny kształt, wiedźmińska klinga zawyła w powietrzu i przecięła mu kark tuż pod potylicą.

Czas pogardy

– (...) kilku usieczonych elfów? Artaud Terranova? Drobiazgi, fakty bez znaczenia. Można przejść nad nimi do porządku dziennego.

Czas pogardy